Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2015

60. pierniko-murzynek

To, że temperatura sięga 40 stopni nie znaczy jeszcze, że nie mam ochoty na ciepłe i pyszne ciasto prosto z piekarnika. Nie oznacza to także, że jedynym deserem, który zjem z ochotą są lody. 
Nie wyobrażam sobie nie lubić czekolady. Sama raczej nie kupuję, bo wiem, że wmawianie sobie, że zjem 2 kostki i odłożę zwyczajnie nie ma sensu - pochłonę całą nie wiedząc nawet kiedy. Za piernikami przepadam, mieszkając w Toruniu chyba inaczej nie można.
Udało mi się namówić rodziców na wizytę w Toruniu. Muszę się pochwalić nowym wystrojem moich turkusowych 4 ścian. Stwierdziłam, że miło będzie kiedy sama przygotuję coś 'do kawy', bo wiem, że tradycyjnie partyjka w karty przy kawie musi zostać rozegrana. Postanowiłam więc sprawić przyjemność i sobie i rodzince i upiec ciasto.
Przygotowanie - 10 minut, oczekiwanie na upieczenie - godzina, wkład pracy - totalne minimum, smak - poezja ! Ciasto dla leniwców start.

składniki

2 szklanki kefiru
1/2 szklanki oleju
3 szklanki mąki
2 łyżki kakao
3 łyżki dowolnego dżemu
2 łyżeczki sody
1 szklanka cukru
przyprawa do piernika
bakalie (u mnie mieszanka bakaliowa + skórka pomarańczowa)

Przygotowanie ciasta jest banalne i mega szybkie.

Wymienione składniki mieszamy, tak by powstała jednolita masa. Ciasto wylewamy na wyłożoną papierem do pieczenia blachę i pieczmy około godziny 190 - 200 stopniach. Przed upieczeniem, wierzch ciasta posypujemy połówkami migdałów.



KONIEC.

Piernikiem pachniało mi w mieszniu jakies 10 minu po wstwieniu ciasta do piekarnika - pachniało przecudownie ! Co chwilę zerkałam, żeby spojrzeć jak ciasto rośnie a migdały się podpiekają. Po równo rodzinie piekarnik wyłączyłam i otworzyłam, żeby ciasto przez około 10 minut "doszło do siebie".


Jeszcze ciepłe nałożyłam na talerzyki. Ciasto jest prze - py - szne !! Piernik jest mokry, wrzucone z bakaliami orzechy nadaja chrupkości, czuć pięknie cynamon i przyprawy korzenne dodatkowo połączone z kakao. Niebo w gębie. Co nie znienia faktu, że odkryciem dnia dzisiejszego są podpieczone na wierzchu placka migdały. Najchętniej wyjadałbym wszystkie od razu. W życiu nie spodziewałabym się, że tak zmienią swój smak i stanie się on tak chraktersystyczy i idelanie uzupełniający całość. Migdały są tu przysłowiową wisienką na torcie.



Pół blachy już nie ma. Zjadałam ja, rodzice i nawet kierowniczka  z pracy się załapała. Jeśli już daję ciasto komuś spoza najbliższej rodziny i znajomych - wiedz że coś się dzieje.

Tymczasem między kawałkiem a kawałkiem, zapraszam do polubienia fanpage'a bloga na Facebooku - odnośnik znajduje się na górze strony po prawej stronie. Zachęcam do wypróbowywania przepisów i podzielenia się spostrzeżeniami w komentarzach.

Do usłyszenia ! :)

niedziela, 9 sierpnia 2015

59.jabłecznik

Jak zaczynałam prowadzić tego bloga to pojawiały się właściwie same ciasta, ciasteczka, słodkości i desery. Prawie weekend w weekend odpalałam piekarnik i piekłam ciasta 'na nadzielę do kawy'. Teraz, jeśli coś piekę to są to praktycznie zawsze ziemniaki do obiadu. Z lekką obawą, że wyszłam z wprawy ale i z cieknącą ślinką i uśmiechem na ustach postanowiłam, że czas wrócić do tego od czego się zaczęło. Może nie do kawy na niedzielę, ale popołudniową  herbatę jak najbardziej. Między pracą a treningiem a pracą - blacha została wyjęta z dna szafy, targ odwiedziony, jabłka kupione - zabieram się za pyszny, pachnący cynamonem i rozpływający się w ustach jabłecznik.

składniki

ciasto

5 szklanek mąki krupczatki
1 szklanka cukru
cukier waniliowy
25 dag masła lub margaryny
2 jajka
4 żółtka
małe opakowanie śmietany 18%
2 łyżeczki proszku do pieczenia

masa jabłkowa

1.5 kg kwaskowych jabłek (ja wybrałam antonówkę)
1/2 szklanki cukru 
cukier waniliowy
bakalie (u mnie rodzynki i orzechy włoskie)
cynamon


Ciasto postanowiłam przygotować na blacie kuchennym, bez bawienia się w miski, michy i miseczki - zwyczajnie tak było najwygodniej. Mąkę przesiewamy przez sitko i mieszamy z proszkiem do pieczenia. Następnie dodajemy po trochu cukru i masła i całość siekamy. Dodajemy żółtka, 2 całe jaja i śmietanę.



Zagniatamy dokładnie ciasto, tak by utworzyła się jednolita masa. Blachę (ja postanowiłam użyć tortownicy, ale równie dobrze może to być blacha prostokątna) smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą. Uchroni to ciasto przed przypaleniem a bułka nada odrobiny chrupkości.Ugniecione ciasto dzielimy na 3 części.
2/3 cista wkładamy do blachy i ją wyklejmy, tworząc spód jabłecznika. Spód podpiekamy w piekarniku przez 15 minut w 180 stopniach.



Przygotowujemy masę jabłkową :) Jabłka obieramy i ścieramy na tarce na grubych oczkach. Do jabłek dosypujemy cukier, cukier waniliowy, cynamon (według uznania) i dowolną ilość bakalii. Ja dodałam koło 10 orzechów włoskich, które krzątały mi się jeszcze w szafce i około pół paczki rodzynek. Masę dokładnie mieszamy i przekładamy do garnka, w którym ją delikatnie podgotowujemy.


Następnie masę przekładamy na podpieczony spód. Pozostałą 1/3 ciasta wykładamy na masę jabłkową. Można ciasto rozwałkować i przykryć nim jabłka, lub też, tak jak ja to zrobiłam, wyciąć z rozwałkowanego ciasta wąskie paseczki i ułożyć z nich tradycyjną dla szarlotek kratkę. Fachowcem w układaniu kratek nie jestem, ale jak to mówią, trening czyni mistrza ! Taka znowu tragiczna kratka też mi nie wyszła, wyglądała całkiem ładnie.



Tak przygotowane ciasto pieczemy w temperaturze 180 stopni przez godzinę.

Została mi odrobina ciasta, więc żeby go nie wyrzucać, postanowiłam przygotować najzwyklejsze ciasteczka. Z rozwałkowanego ciasta wycięłam za pomocą szklanki kółka i posypałam delikatnie przyprawą karmel-wanilia, której swego czasu nie mogłam się oprzeć w jednym z pobliskich sklepów. Trzeba sobie czasami sprawić małą przyjemność :)

W sumie to tyle, ciasto upieczone :) Nie mogłam się oprzeć i zjadłam sobie kawałek na ciepło - oszalałam ! więcej pisać nie trzeba. Na zimno - równie smaczny. Idealny na deser w te upalne dni, schłodzony prosto z lodówki.




Połączenie jabłek i cynamonu jest jednym z moich ulubionych, a na ciepło - szaleństwo i niebo w gębie. Ryż z domowym musem jabłkowym i cynamonem ?! Poezja. Nie ma jabłecznika czy szarlotki bez cynamonu. w mojej jabłkowej masie znalazło się pół opakowania i śmiało mogę stwierdzić, że gdybym dosypała jeszcze więcej, byłoby jeszcze smaczniej.

Swoją drogą, w końcu dotarło do nas lato. Żebym miała taras lub duży balkon (kiedyś będę miała na pewno, obiecuję to sobie!) to wzięłabym sobie kawałek lub dwa ciepłego jeszcze jabłecznika, zrobiła kawę w ulubionym kubku, książkę i zaszyła się w kącie nieobecna dla nikogo. Pogoda sprzyja! Całe szczęście jabłecznik smakuje tak samo pysznie w moim małym turkusowym gniazdku, z tą samą kawą i tą samą książką.

Niedługo wracam za kuchenne stery. Do usłyszenia ! :)




piątek, 24 lipca 2015

57.omlet cesarski - kaiserschmarren

Ostatnimi czasy często nabieram ochoty na słodkie i chętnie bym coś podgryzła. Staram się nie kupować żadnych czekolad, ciasteczek i batoników mówiąc sobie, że to jak ktoś przyjdzie do kawy to żeby było w razie czego, bo wiem że nadejdzie wieczór i pochłonę tyle ile zmieszczę na raz. Myślałam co by tu zrobić, żeby wybrnąć z sytuacji apetytu na słodkie, ale jednocześnie nie nawpierdzielać się pustych kalorii, którymi zapcham się na noc i będę przeszczęśliwa - na pół godziny. W lodówce piętrzą mi się jajka, w szafce odkryłam jakieś rodzynki, mleko po promocji to kupiłam zapas (mistrz oszczędzania!), świeże owoce są ... składając to wszystko w całość, wpadłam na dość genialny pomysł, iż na obiad dziś i jutro i pojutrze będę miała omlet cesarski - na słodko ! :)

składniki (porcja na 4 omlety)

25 dkg. mąki pszennej
1/2 litra mleka
6 dkg. cukru
4 żółtka
4 białka
szczypta sól
rodzynki (ilość wg. uznania)
masło lub olej do smażenia

dodatki, z którymi mamy ochotę zjeść omleta :>

Żółtka, cukier, sól, mleko oraz mąkę dokładnie wymieszałam, tak, by utworzyła się jednolita masa bez grudek. Następnie dodałam rodzynki. Do białek dodałam szczyptę soli i ubiłam pianę. Obie masy ze sobą połączyłam i dokładnie wymieszałam. Ciasto wychodzi dosyć 'luźne', gęstnieje przy smażeniu.



Na patelni rozpuszczamy odrobinę masła lub rozgrzewamy olej. Na rozgrzany tłuszcz (u mnie był to olej) wylałam około 1/4 ciasta. Trzeba pilnować, żeby znalazły się w nim rodzynki, bo są ciężkie i opadają na dno miski. Ciasto smażyłam na niezbyt dużym ogniu, co chwila sprawdzając łopatką czy jest już przysmażone na złoty kolor, kiedy było - przełożyłam omlet na drugą stronę i czekałam, aż druga strona także się przyrumieni. 

Omlet usmażony ! Pozostaje nałożyć ulubione dodatki i się zajadać. Smacznego :>



Ja moje omlety (wszystkie 4) przygotowywałam z musem jabłkowym domowej roboty (babcia wie co dać wnuczce w wałówce), świeżymi nektarynkami pokrojonymi w małe kawałki i cukrem pudrem. Mus był kwaśny a nektarynki słodkie, smaki równoważyły się idealnie. Jak na mój gust kulinarny, ciepły i puszysty omlet z takimi dodatkami jest zwyczajnie niebem w gębie ! Jadłam sobie omleta codziennie na obiad i spokojnie się nim najadałam. Mogłabym mieć ten sam obiad jeszcze przez kilka dni, nie pogardziłabym absolutnie. Jestem pewna, że ten omlet będzie w mojej kuchni przygotowywany jeszcze nie raz. Jest naprawdę pyszny, naprawdę.



A najlepsze w omlecie jest to, że można go jeść na śniadanie, obiad, deser i kolację. Wszystko zależy od tego jakie dodatki wybierzemy. Myślę, że byłby równie smaczny z dżemem, twarogiem, czekoladą, tuńczykiem ale i mięsem z warzywami. Można poszaleć, jeżeli chodzi o dobór dodatków.

Zapraszam do polubienia fanpage'a bloga na Facebooku, tak by nie omijały Was żadne nowe wpisy i przepisy. Odnośnik znajduje się na górze bloga, po prawej stronie. Zachęcam też do wypróbowywania przepisów we własnych kuchniach, dzielenia się opiniami i komentarzami.

A tymczasem do usłyszenia i smakowitego tygodnia ! :>


środa, 14 stycznia 2015

50. biała dama.

Długa nieobecność. Brak czasu. Brak laptopa.
Nowy rok. Nowy postanowienia. Brak laptopa.
Czysta karta. Mocna postanowienie poprawy.
Rok pod znakiem dalszych nauk pieczenia, gotowania.
Rok pod znakiem poczucia szczęścia i robienie tego co cieszy i zadowala mnie - nie innych.
Ciasto na dzień dobry.

Styczeń bez śniegu. Żal, ból, smutek i rozpacz.

Bez zbędnych tłumaczeń, usprawiedliwień, wstępów i prologów.
Zapraszam na ciasto !


składniki.

waniliowy serek homogenizowany - 500 g.
śmietana kremówka (30-35%) - 500 ml
cukier puder - 3/4 szklanki

żelatyna - 3 łyżki
gorąca woda - 150 ml
cukier waniliowy
puszka ananasów
rodzynki
torebka galaretki ananasowej
biszkopty - 1 opakowanie lub biszkopt jeden duży


Na początek rozpuszczamy żelatynę w gorącej wodzie. W momencie kiedy będziemy jej potrzebowali, powinna być już ostudzona.

Śmietanę kremówkę ubijamy na gładki, gęsty krem. Przez cały czas ubijania musimy zwracać uwagę na konsystencję śmietany - ubijana zbyt długo stanie się grudkowata i będzie źle łączyła się z pozostałymi składnikami.

Pod koniec miksowania dodać cukier puder, cukier waniliowy i serek waniliowy.

Następnie z masą dokładnie łączymy ostudzoną żelatynę.

Rodzynki namaczamy we wrzątku na około 5-10 minut, odsączamy. Kilka plasterków ananasa kroimy na mniejsze kawałki (kilka zostawiamy do wierzchniej warstwy ciasta). Rodzynki oraz  ananasa dodajemy do masy.

Tortownicę wykładamy papierem do pieczenia.
Biszkopty namaczamy w mleku i wykładamy nimi spód tortownicy lub też wykładamy go jednym dużym biszkoptem.

Na biszkopty wylewamy przygotowaną wcześniej masę.

Galaretkę rozpuszczamy w połowie ilości wody zalecanej na opakowaniu i mieszamy z sokiem z ananasów. Wrzucamy do niej odrobinę rodzynek i resztę plastrów ananasa pokrojonych na mniejsze cząstki i wylewamy na masę. Można także wylać galaretkę i na niej układać wzorki z rodzynek i ananasa lub zrobić to na masie sernikowej i na koniec zalać galaretką.

Ciasto wkładamy do lodówki na kilka godzin, tak by całość stężała. Oczywiście wraz z koleżanką, która była degustatorem nie bardzo dotrzymałyśmy tego terminu. Po godzinie od wstawienia do lodówki ciasto wylądowało na talerzach.

Gotowe :) Smacznego !


Sernik wychodzi lekki i delikatny w smaku. Przygotowanie jak widać nie jest skomplikowane ani czasochłonne a naprawdę warto. W smaku jest delikatne, orzeźwiające i owocowe a środkowa warstw przypomina nieco ptasie mleczko.

Idealne dla wielbicieli serników i ciast owocowych. Oczywiście do jego przygotowania nie jest konieczne użycie ananasa i galaretki o tym smaku. Spokojnie można go zastąpić np. brzoskwiniami lub truskawkami.

Zachęcam do polubienia fanpage'a bloga na facebooku (odnośnik u góry strony po prawej stronie), tak abyście nie przegapili żadnego nowego przepisu, który się tu pojawi.

Zdjęcia póki co robione są tabletem, więc przepraszam za powalającą jakość :D

Zachęcam także do komentowania, wyrażania opinii oraz wypróbowania przepisów. Gwarantuję, że te które się tu znalazły, są tego warte ! : ))


Do usłyszenia już niedługo.
I promise.

.

piątek, 16 maja 2014

41.rogaliki drożdżowe.

Ostatnio mam wrażenie, że więcej czasu spędzam na spaniu niż na życiu a 3/4 z czasu na życie spędzam w pracy. W sumie to chyba nie wrażenie tylko realia ... I znajdź tu człowieku czas na ugotowanie czy upieczenie czegoś, zrobienie tryliarda zdjęć, napisanie posta  i posklejanie wszystkiego w całość. No ale, czy ktoś mówił, że będzie łatwo ? Nie. Znalazłam czas, zrobiłam, posklejałam i oto jesteśmy. Dawno, ojjjj dawno tu nic z kategorii słodkości nie było. Jak prze początkowy okres były praktycznie same desery, ciasta i ciasteczka tak później nastąpiła dłuższa przerwa, ale teraz słodkie kalorie powracają. Nie chciałam robić ciasta, chciałam spróbować czegoś czego jeszcze nie miałam okazji robić, czegoś co można określić 'takie małe a jak cieszy'. No i poszukałam i wybrałam. Przepis nie trudny, czas przygotowania nie długi a smak wyborny i delikatny.


składniki.

maka tortowa - 3 szklanki
cukier puder - 2 kopiaste łyżki
masło - 1/4 kostki
żółtko - 3 sztuki
drożdże - 3 dkg
mleko - 1/2 szklanki
marmolada - smak według uznania
sól - szczypta
mąka do podsypywania
tłuszcz do wysmarowania blachy


Mąkę przesiewamy przez sitko do sporej miski. Dodajemy do niej żółtka, cukier puder, sól, i rozkruszone drożdże.





Mleko podgrzewamy. Kiedy będzie ciepłe (ale nie gorące !) wlewamy do naszej miski z produktami. Całość delikatnie razem mieszamy aż do połączenia się składników w jedną masę.

Masło rozpuszczamy. Kiedy będzie miało letnią temperaturę dodajemy do przygotowanego ciasta. Masę wyrabiamy tak długo, aż tłuszcz zostanie całkowicie wchłonięty.



Miskę z ciastem przykrywamy ścierką i odstawiamy do wyrośnięcia na około 30-45 minut. Ciasto powinno podwoić swoją objętość, stać się pulchniejsze.


Po upływie czasu na wyrośnięcie odrywamy po kawałku ciasta (ja podzieliłam je sobie na początku na 4 części) i rozwałkowujemy je. Z rozwałkowanego ciasta wycinamy zgrabne trójkąty. Na każdym trójkącie umieszczamy odrobinę marmolady (nie powinny to być dżemy czy tez konfitury bo są zwyczajnie za rzadkie i będą wypływać podczas pieczenia. Marmoladę nakładamy nad 'podstawą trójkąta' (nie na środku czy też u góry) i trójkąciki ciasno zwijamy. Skrawki ciasta, które nam zostaną łączymy z kolejną jego porcją. Trójkącików przygotowujemy tyle,na ile starczy nam ciasta. Według uznania można przygotować rogaliki małe lub całkiem spore. Pamiętajcie, że przygotowane ciasto jest drożdżowe i podczas pieczenia znacznie urośnie.






Nasze rogaliki układamy w odstępach na blasze. Ja użyłam takiej typowej blachy z wyposażenia piekarnika, która jest całkiem spora a rogalików miałam i tak na 2 tury pieczenia.








Układając rogaliki na blasze zwróćcie uwagę, żeby ich końcowe górne wierzchołki trójkątów były na spodzie, tak by rogaliki na nich leżały. Może się zdarzyć że wierzchołki te podczas pieczenia i rośnięcia 'odwiną się' i rozprostują a wtedy marmolada się wyleje no i rogalik nie będzie wyglądał jak rogalik (ja o tym nie pomyślałam i niektóre miały dziwne kształty). Dlatego lepiej dopilnować, żeby rogaliki były dobrze ułożone - efekt końcowy będzie zwyczajnie ładniejszy.

Rogaliki pieczemy w temperaturze 170 stopni przez około 25 minut. Rogaliki urosną i nabiorą pięknego brązowego koloru. Po wyjęci rogalików dajcie im chwilę na przestygnięcie i posypcie cukrem pudrem.

Gotowe ! Można śmiało zajadać.
Smacznego ! : ))


Urosły ? Są pysznie miękkie i delikatne ? Są na pewno. Moim zdaniem rogaliki z tego przepisu wychodzą bardzo smaczne a największą ich zaletą jest to że nie są zbyt słodkie, jak to zwykle w przypadkach tego typu przekąsek bywa. Do kawy czy herbaty idealne !


Myślę, że następnym razem i z nadzieniem można pokombinować, bo kto powiedział że drożdżowe rogaliki nie mogę być przygotowane na wytrawnie ? Nikt. Dlatego też kolejna próba w moim wykonaniu pójdzie w zupełnie innym kierunku niż wypełnienie słodką marmoladą. Swoją drogą, ja użyłam marmolady truskawkowej i moim zdaniem się spisała.


Tak więc. Zapraszam do gotowania, pichcenia, próbowania. Zapraszam do komentowania i wyrażania swoich opinii. Zapraszam do polubienia fanpage'a tego bloga na FB, co by być na czasie z nowymi kuchennymi zmaganiami



Jak tylko  będę miała chwilę wolnego czasu, trochę miedziaków na zakupy naładuje baterie w aparacie ruszam z kolejnym odkrywaniem swoich kucharskich talentów.  Będzie połączenie dwóch jednych z moich ulubionych kategorii kulinarnych. Nic tylko jeść ! A co to będzie to się okaże.

Do usłyszenia już niedługo ! : *


czwartek, 23 stycznia 2014

32.karpatka.

I już dawno po świętach, dawno po sylwestrze a ja praktycznie zapomniałam jak wygląda kuchnia u mnie w domu. Przez miesiąc w zasadzie nie miałam kiedy spędzić w niej trochę czasu. Nie dość, że w pracy sporo roboty to jeszcze licencjat sam się nie napisze a terminy gonią. Ale trochę pokombinowałam i mogłam sobie pozwolić na krótką wizytę w domu a tym samym w kuchni. Wstałam z samego rana i zabrałam się za pichcenie, a wyzwanie niemałe - karpatka.

Tyyyyle się naczytałam, o tym że krem nie wychodzi, że 'karpaty' albo wcale nie rosną albo rosną a potem opadają. Tak więc do pieczenia przystępowałam z niemałym stresem i obawą czy się uda, ale od razu wam powiem że wyszło tak jak sobie tego życzyłam a strach ma jak zwykle wielkie oczy.

ciasto.

woda 1 szkl.
margaryna 1/2 kostki
mąka pszenna 1 szkl.
jajka 4 szt.
proszek do pieczenia pół łyżeczki

krem.

mleko 1/2 litra
mąka ziemniaczana 2 łyżki
mąka pszenna 2 łyżki
cukier 1 szkl.
cukier waniliowy 1 szt.
margaryna 1 kostka
żółtko 1 szt.

dodatkowo : cukier puder do posypania całości , bacha mniejsza od standardowej (około 25x36 cm)


Najpierw przygotowujemy ciasto. Musimy przygotować 2 placki, więc najlepiej byłoby posiadać 2 takie same blachy. Jeśli tak jak ja posiadacie jedną, trzeba będzie upiec jeden placek po drugim.

Wodę musimy zagotować z margaryną.



Następnie dodajemy do tego mąkę i przez cały czas energicznie mieszając prażymy koło 5 minut, aż masa uzyska konsystencję purree.



Garnek ściągamy z ognia i odstawiamy do ostygnięcia. Następnie do ostudzonego ciasta dodajemy 4 jajka. Jajka wbijamy pojedynczo i każde po kolei ucieramy z ciastem do momentu uzyskania jednolitej masy.

Na koniec do masy dodajemy proszek do pieczenia i całość delikatnie mieszamy.



Blachę smarujemy dokładnie tłuszczem (ja użyłam do tego oleju) i wykładamy mniej więcej połowę ciasta tworząc cienką warstwę. Ciasto jest dość klejące więc ja zrobiłam to natłuszczonymi dłońmi i nie było aż tak strasznie.


Blachę wkładamy do nagrzanego do 200 - 230 stopni piekarnika i pieczemy około 35 minut.

Następnie to samo robimy z drugim plackiem.


Tym sposobem nasze 'karpaty' gotowe. Pozostaje przygotowanie kremu.

W pół szklanki mleka musimy rozmieszać żółtko.


Następnie dodajemy do tego obie mąki.


Całość mieszamy tak długo aż nie będzie żadnych grudek. Resztę mleka gotujemy na wolnym ogniu z cukrem i cukrem waniliowym. Rozczyn mąki dodajemy do gotującego się mleka i cały czas energicznie mieszamy aż masa uzyska konsystencję budyniu.


Następnie budyń odkładamy do momentu kiedy całkowicie ostygnie. Kiedy będzie już zimny ucieramy margarynę powoli go dodając w małych ilościach. Jeśli będziemy dodawać ciepły budyń margaryna zacznie się rozpuszczać i masa będzie zbyt rzadka.



W blasze układamy jeden z placków. Na placek wylewamy nasz krem i rozsmarowujemy go, no i na koniec przykrywamy krem naszym drugim plackiem. Całość posypujemy cukrem pudrem i wstawiamy do lodówki do schłodzenia.



Gotowe. Smacznego !

Przed robieniem tego ciasta naprawdę czułam stracha i będąc wręcz pewna, że coś się nie uda. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny i dodatkowo pierwszy raz miałam okazje przygotowywać ciasto, które robi się na wodzie, tak więc kolejne nowe kuchenne doświadczenie zaliczone. Zarówno 'karpaty' jak i krem wyszły dobrze. Oprócz tego że do kremu zapomniałam dodać cukru i wyszedł trochę mniej słodki niż powinien, ale to w zasadzie w niczym nie przeszkadza.


Jeżeli ktoś posiada 2 blachy to wszystko idzie w miarę szybko. Ja nie dość, że mam jedną blachę to jeszcze robię zdjęcia, więc trochę czasu w kuchni posiedziałam, ale dla mnie to sama radość.

Sama w zasadzie nie pamiętam kiedy jadłam karpatkę i nie jest to raczej ciasto, które babcie czy mamy pieką na niedzielę, więc tym bardziej się cieszyłam, że teraz takie wyzwanie przed mną. Udało się ;) Karpatka nadała się idealnie na wieczorne rodzinne spotkanie przy kartach.


Oczywiście zachęcam do tego by podjąć wyzwanie i upiec karpatkę samemu. Satysfakcja jest, smak jest, zapach jest, zadowolenie obecne. A widok rosnących w piekarniku 'karpat' u mnie wywołał uśmiech i głośnie 'yeah!' :)


Zachęcam również do komentowania i polajkowania mojego fanpage'a na facebooku, zawsze będziecie wiedzieć kiedy pojawią się tu jakieś pyszne nowości.


No i chcę się z wami podzielić wielką i ogromną i potężną radością, że wreszcie nadeszła zima i jest śnieeeeeeeeg ! Oby jak najdłużej, bo Zakopane wzywa. 

Miłych śnieżnych spacerów i do usłyszenia niedługo !